Dla Alicji był to kolejny zwykły
wieczór. Właśnie wracała z zakupów do domu. Obiecała swojemu
chłopakowi że przygotuje kolację. Choć była z nim już od dwóch
miesięcy etap przysłowiowych motyli w brzuchu jeszcze nie minął,
a ona cieszyła się jak nastolatka na myśl o spotkaniu z nim. Ulica
była podejrzanie pusta jak na tą porę. Był grudzień i choć było
już ciemno to godzina była młoda. Przeszedł ją dreszcz na myśl
że coś jest nie tak. Poprawiła spadające okulary na nosi i szybki
krokiem ruszyła w stronę mieszkania. Wtedy zza rogu ktoś wyszedł
i była to jedyna osoba w zasięgu wzroku. Alicja zaczęła odczuwać
irracjonalny lęk który próbowała zduście w sobie. Serce zaczęło
jej bić niczym dzwon kiedy poznała mężczyznę w długi
nieuporządkowanych czarnych włosach i bladą cerą.
-Witaj
Z początku nie wiedziała co ma
zrobić. Myśli pędziły w jej głowie niczym stado spanikowanych
koni. Znała tego człowieka. Kiedyś bardzo mu ufała. A teraz choć
nie wiedziała czemu, czuła że musi uciekać. Gdyby miała
powiedzieć jak wygląda zło, to tak by je opisała.
-Cześć-powiedziała drżącym głosem.
-Kopę lat...
Jej były chłopak nawet nie mrugał.
Wyraz jego twarzy był niezmienny, niczym odlany z brązu. „Czy to
jest mina człowieka który spotyka miłość swojego życia?”
-Owszem. Co u ciebie słychać.
-Jak widzisz, nie jest dobrze.
Dopiero teraz zauważyła że jej ex
bardzo schudł. Twarz która niegdyś była okrągła i wesoła,
teraz straszyła kościami. Sama sobie się dziwiła że go poznała.
-Fakt, bardzo się zmieniłeś...
Jedyne co się nie zmieniło to
ubrania. Miał na sobie bluzę którą kupiła mu na urodziny. Kiedy
byli razem koszula była idealnie dopasowana do jego postury, a teraz
zwisała jak ze stracha na wróble.
-Ty za to wyglądasz równie pięknie
jak wtedy gdy widziałem cię po raz ostatni-Mówiąc to jego twarz
nawet nie drgnęła, jedyny ruch jaki dało się zauważyć to ruch
ust.
Zapanowała niezręczna cisza. Alicja
zamierzała już się pożegnać i uciekać do domu kiedy w końcu
się odezwał.
-Zapraszam do mnie.
Alicję zamurowało. Wszytko mówiło
jej że powinna uciekać. Choć nie wiedziała dlaczego.
-Wiesz... Ja...
-To prośba. Chcę cię o coś prosić.
Kolejne myśli przemykały przez głowę
dziewczyny. Jak śmie mieć jakąś prośbę po tym co jej zrobił...
-Choć
Poszła za nim. Sama nie wiedziała
czemu. Może po prostu jest ciekawa o co chce ją poprosić.
Poszli do bloku który znajdował
się niedaleko miejsca ich spotkania. Winda była nieczynna, na
szczęście mieszał na trzecim piętrze. Gdy doszli do mieszkania
otworzył przed nią drzwi i wpuścił ją do środka.
-Nie zamykasz drzwi?
-Nie. Tu i tak nie ma czego kraść.
Faktycznie. Mieszkanie miało wielkość
małego pomieszczenia gospodarczego. Niczym sam pokój bez korytarza.
W którym nie było żadnych innych drzwi prócz wejściowych przez
które weszła. Na środku stała mała ława zawalona pustymi
opakowaniami po zupkach chińskich. Jedno krzesło na którym
piętrzyła się góra ubrań, i materac zajmujący honorowe miejsce
pod ścianą. Panika Alicji osiągnęła stadium krytyczne. „Chcę
mnie zabić? To zemsta? Co się dzieje do cholery?!”
-Ty tak mieszkasz?!
-Owszem-odpowiedział z dalej tą samą
kamienną twarzą nie zdradzającą absolutnie żadnej emocji.
-To nie możliwe? A co z kuchnią?
Lodówką? Komputerem? Przecież uwielbiałeś grać na komputerze- Z
wysiłkiem starała się by jej głos nie brzmiał histerycznie.
-Masz rację. Lubiłem.
Nie bez wysiłku zrzucił ubrania z
krzesła po czym nastąpił u niego napad kaszlu. Gdy się skończył
wskazał jej krzesło a sam usiadł na materacu.
-Co się stało?
-Jestem chory.
-Na co jesteś chory?
-Tego żaden lekarz nie potrafi
wyjaśnić. Choć robiono mi setki badań. Mój organizm słabnie.
Sam z siebie. Choć nie znaleziono u mnie żadnej choroby: raka,
pasożyta, guza, wirusa. Nic.
-Kiedy to się zaczęło?
-Zgadnij.
-Po naszym rozstaniu?
-Owszem.
-Ale dlaczego tak mieszkasz?
-To proste. Bo umarłem. Po naszym
rozstaniu powoli umierałem aż umarłem do reszty. Choć żyję.
Zaspokajam tylko swoje podstawowe potrzeby życiowe. Jem choć nie
czuję smaku żadnych potraw.
Piję choć wszystko smakuje jak woda.
Śpię choć nigdy nie pamiętam snów, albo ich nie mam.
-Przecież to nie możliwe
-A jednak. Choć nie da się tego
stwierdzić naukowo to wiem co mi jest-napad kaszlu zmusił go do
przerwy. Kiedy uspokoił oddech kontynuował- Kiedy mnie zostawiłaś,
po tym kiedy zrobiłem ci „to” Umarło we mnie całe dobro.
Ludzie zaczęli się mnie bać, choć nikt nie potrafił powiedzieć
co ze mną jest nie tak. Wszystko przestało mi sprawiać
przyjemność. Gry, muzyka, filmy, wszystko. Nawet alkohol smakował
jak woda. I nie ważne ile bym go nie wypił, nigdy się nie upiłem.
Patrzyła na niego przez chwilę z
niedowierzaniem. Chciałabym móc pomyśleć że to żart, zemsta
albo próba wzbudzenia poczucia winy. Ale faktycznie. Bała się go
choć nie wiedziała czemu. Emanował jakąś mroczą aurą. A jego
twarz nawet na moment nie zmieniła wyrazu. Nawet nie mrugał.
-Mogę ci jakoś pomóc- spytała pełna
obaw że właśnie po to ją tu zaprosił.
-Owszem. Ty i tylko ty.
-Jak?
-Pamiętasz co kazałaś mi obiecać
kiedy się rozstawaliśmy?
-Że masz zniknąć z mojego życia na
zawsze?
-Owszem, ale była też druga
obietnica.
-Kazałam ci obiecać że nie zrobisz
nic głupiego. Że się nie zabijesz...
-Chcę byś zwolniła mnie z tej
obietnicy.
-Chyba żartujesz?!
-Mówię poważnie. Ja i tak umarłem,
nie czuję nic, nawet bólu.
-Mam dość tej rozmowy! Chcę już
iść, rób co chcesz ale mnie wypuść!
-Powiedź „zwalniam cię z obietnicy”
-Zwalniam Cię z obietnicy
Wtedy coś się zmieniło. Aura która
go otaczała zniknęła momentalnie. Strach prysnął niczym bańka
mydlana. Spojrzała na niego i zobaczyła twarz chłopaka którą
pamiętała. Minę która była mieszanką szczęścia, ulgi, żalu i
bólu. Zobaczyła łzę ściekającą po jego policzku.
Powiedział tylko jedno słowo.
-Dziękuję
I upadł niczym lalka której ktoś
nagle odciął sznureczki. Zerwała się z krzesła do niego. Zaczęła
rozpaczliwie sprawdzać puls i oddech, lecz nic nie wyczuwała.
Z jego mieszkania wybiegła zapłakana.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz